Wstyd się przyznać, ale pomimo całego doświadczenia, bagażu zwycięstw i porażek, świadomości jak trudne i wymagające są biegi ultra podczas Biegu Rzeźnika popełniłem wszystkie błędy, które można było popełnić. Nie wiem czy to kwestia adrenaliny, że znowu naprawdę biegnę, czy może ogłupienie pyłkami, które na południu uderzyły mnie z wyjątkową siłą, czy też pozytywne zaskoczenie łatwością podbiegania i szybkością zbiegania od początku biegu? Ciekawe, że momenty kontroli i dyscypliny taktycznej płynnie zmieniały się w momenty totalnego free sky runningu i odwrotnie. Szczerze mówiąc z perspektywy czasu uważam, że to się nie powinno udać, a jednak dobiegłem do mety i zmieściłem się w limicie czasu… ale ta historia zaczęła się w zupełnie innym miejscu.
Jakoś rok temu wybrałem się z moim przyjacielem Wojtkiem na wybieganie, z Wejherowa do Gdyni, zrobiliśmy pięćdziesiąt parę kilometrów. Działo się po drodze wiele, długo by opowiadać, a nie czas i miejsce na to, dość że Wojtek wymienia tą przygodę wśród swoich naj biegów, a ja się z nim zgadzam w 100%. To co jest istotne dla tej historii to wyznanie Wojtka gdzieś na trasie, który powiedział że jednym z jego marzeń jest pobiec w Biegu Rzeźnika. Ci którzy mnie znają wiedzą, że na bieganie, szczególnie szalone, nie trzeba mnie długo namawiać więc pewnie nie będą zdziwieni, że natychmiast zgłosiłem się do pary 🙂 (bo klasycznego Rzeźnika biegnie się parami). Niestety par chętnych na przebiegnięcie kultowego biegu jest dużo więcej niż limitu miejsc, los chciał że nie zostaliśmy wylosowani… wtedy Wojtek uświadomił mnie, że poza klasycznym Rzeźnikiem jest jeszcze Bieg Rzeźnika Ultra, 115 lub 140 kilometrów po bieszczadzkich szczytach… co miałem na to odpowiedzieć? 🙂 biegniemy ultra!!! zapisaliśmy się, Wojtek na 115 ja na 140 kilometrów.
Po dwóch kolejnych porażkach w Ultramaratonie Kaszubskim Formozy postanowiłem nie spinać się i skupić na ukończeniu biegu, co w kontekście „przygotowań” było jedyną słuszną strategią. Problem w tym, że w zasadzie w ogóle nie byłem przygotowany do takiego biegu. Od jesieni 2017 biegałem bardzo bardzo bardzo symboliczne dystanse jak na ultramaratończyka! Najpierw przyszło zmęczenie czy też znudzenie sezonem, po przebiegnięciu Kaszubskiej Poniewierki, 100 km z Sopotu do Wieżycy, z Wojtkiem (po interwencji Wojtka wyjaśniam, że to nie dlatego że z Wojtkiem, ale po prostu w czasie tego biegu przekroczyłem ten „magiczny kilometr/przełącznik” po którym trzeba było zrobić sobie przerwę) jakoś straciłem chęci i motywację do biegania, jak to się mówi „nie ciągnęło wilka do lasu” 😉 Później zacząłem pracować jako trener w siłowni i prowadzić treningi personalne z klientami, co zmusiło mnie do skupienia się na siłowni zamiast na bieganiu. Treningi na siłowni, mimo że skupiałem się raczej na treningu funkcjonalnym i crossowym zaowocowały przyrostem masy mięśniowej i utratą dynamiki i szybkości, dla biegacza efekt wyjątkowo niekorzystny. Na plus muszę uczciwie przyznać, że popracowałem solidnie nad mobilnością, wzorcami funkcjonalnymi, a także nad siłą i wytrzymałością siłową (God save crossfit!). Koniec końców zamiast biegać 130 kilometrów tygodniowo biegałem od trzydziestu paru do czterdziestu paru… dużo, dużo za mało!
Pomimo wszystko, mając pełną świadomość braku wybieganych kilometrów, spoglądałem an czekający mnie bieg ze spokojem i pewnością siebie… nawet z arogancją, gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że Bieszczady to żadne góry, myśl absurdalna jak się okazało. Jedyna rzecz jakiej się obawiałem to alergia. Miałem już doświadczenia z atakiem alergii w czerwcu na południu Polski i bałem się, że sytuacja się powtórzy, jak się okazało nie bezpodstawnie. Problem z alergią jest taki, że pomijając mało atrakcyjne objawy, skutkuje ona obniżeniem wydolności, jak wynika z moich wieloletnich doświadczeń o jakieś 25-30 %. Okazało się jeszcze w czasie podróży po malowniczych bieszczadzkich asfaltowych ścieżkach, że te obawy były jak najbardziej uzasadnione.
Moja strategia na bieg była prosta, mając świadomość jak słabo jestem przygotowany, wykminiłem, że będę biegł od początku spokojnie trzymając minimalne tempo niezbędne by zmieścić się w limicie czasu. Proste i sensowne? Jasne… tyle że moja determinacja w planowaniu okazała się zdecydowanie większa niż determinacja w realizacji.
Naprawdę chciałbym móc w tym właśnie miejscu napisać coś w rodzaju: jak postanowił tak zrobił…
Nie zrobił i jak się miało okazać nie było to mądre 🙁 ale po kolei.
W przeddzień startu wybraliśmy się na rozpoznanie, żeby poznać góry i zobaczyć kawałek trasy wdrapaliśmy się całą bandą na górę o nazwie Korbania i… nie przeraziło mnie to (ale teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że po prostu fartownie trafiliśmy na najłatwiejszy szlak w całych Bieszczadach). Z dużym optymizmem spoglądałem w przyszłość i radośnie oczekiwałem startu.
Piątek, dzień startu mijał spokojnie, śniadanie, obiad, czekanie na start. Pojechaliśmy z Bukowca gdzie stacjonowaliśmy do Cisnej długo przed startem żeby nachłonąć jak najwięcej kultowej atmosfery, od kilku godzin śledziliśmy też informacje napływające z trasy klasycznego Biegu Rzeźnika, najwięcej o trudnej trasie, wysokiej temperaturze, parach które nie łapią się w limitach czasu. Doszło do tego, że trzeba było przenieść start naszego biegu bo ciągle do mety docierały spóźnione pary z Biegu Rzeźnika. Z przejęcia chyba, w gorączce przedstartowej, zapomniałem wziąć tabletek na alergię. na szczęście moja kochana żona znalazła w środku Bieszczad punkt apteczny i uratowała mnie przed wściekle pylącymi trawami 😉 Czekając na start tradycyjnie nawadnialiśmy się izotonikami, wystawaliśmy w kolejkach do tojtojów (o dziwo wyjątkowo krótkich), nadrabialiśmy minami i przypominaliśmy sobie powody dla których to robimy (znaczy biegamy przez całą dobę po Bieszczadach pośród niedźwiedzi, wilków i… kleszczy). Pojawił się Krzysiek – Przecinak 77, nasz wierny towarzysz z kilku już biegów ultra i we trójkę w gronie najbliższych kontynuowaliśmy radosne oczekiwanie 🙂
Nareszcie nadeszła godzina 19:15 i padł strzał startera. Zacząłem prawie na samym końcu bo tam akurat staliśmy z Wojtkiem i Krzyśkiem, przez pierwszy kilometr biegłem z Krzyśkiem ale szybko doszedłem do wniosku, że spokojnie i bez spiny to jednak jest dla mnie trochę szybciej, zacząłem więc wyprzedzać i gdy skręciliśmy na drogę prowadzącą w las na szczyt Łopiennik byłem mniej więcej w połowie stawki biegaczy. Mocno skupiałem się na hamowaniu, wyobrażałem sobie jebitny, wściekle mrugający neon: „celem jest dobiec! kropka! wykrzyknik! żadnego ścigania! k___a! k___a! c__j” i mniej więcej tego się trzymałem. Po kilku, może kilkunastu minutach skręciliśmy z szutru i rozpoczęliśmy wspinaczkę wąską ścieżką już na sam Łopiennik. Pomyślałem sobie pamiętam coś o tym, że jak na razie to Bieszczady wyglądają na takie trochę większe wzgórza, a nie góry – kurde nadal nie wykminiłem kiedy i dlaczego ubzdałem sobie że to niskie i łatwe do pokonania góry. Ścieżka była wąska więc siłą rzeczy biegliśmy, a potem szliśmy jeden za drugim, czyli tzw, gęsiego. Słuchałem coraz szybszych i głębszych oddechów współtowarzyszy tej niedoli i popadłem w samozajebistość, jaki to jestem silny i wydolny, jak łatwo śmigam na szczyt… jakoś tak niechcący zacząłem siać ferment w swojej strategii. Mój oddech był ciągle równy i spokojny więc wysnułem podstępny acz słuszny skądinąd wniosek – za wolno! K—A! To był chyba właśnie moment w którym nastąpił początek końca. Neon w mojej głowie nagle zaczął błyskać zupełnie nowe słowa: „za wolno, stać cię na więcej, ciśnij k___a bo czołówka odjeżdża” itp.
Koniec końców zacząłem szukać okazji do wyprzedzania i przyspieszyłem. Mijałem kolejne osoby i dopiero końcowe podejście pod szczyt mnie trochę wyhamowało, zrobiło się stromo i wymagająco więc zdroworozsądkowo (brawo ja!) podłączyłem się pod kolejny rząd biegaczy i gęsiego piąłem się na górę. Z sukcesem 😉 Zwykle kiedy wejdzie się na jakiś szczyt, z jego drugiej strony zachodzi konieczność zejścia z powrotem na dół. Tym razem było nie inaczej, rozpoczął się pierwszy zbieg. Ruszyłem bardzo spokojnie za grupą za którą się na szczyt wspiąłem, biegli dość asekuracyjnie więc pomyślałem, że będę się ich trzymał bo to pasuje do mojej strategii, wolno, spokojnie, cel – dobiec! Wytrzymałem może z 5 minut (pamiętacie nowy neon?) i kiedy trzeci czy czwarty z kolei zawodnik mnie wyprzedził i pocisnął na dół zrobiłem dokładnie to samo. Nowa strategia brzmiała „szybko… ale nie za szybko”, problem w tym że nie mając doświadczenia w obszarze ultramaratonów górskich nie miałem pojęcia kiedy jest szybko a kiedy za szybko. O zgrozo zacząłem mijać kolejnych biegaczy i w radosnym podnieceniu tym spowodowanym gnałem na dół ku Łopience, przełęczy z której zaczynała się wspinaczka na kolejna górę, znaną mi już Korbanię. Zanim osiągnąłem szczyt, nadmienię że bez problemów i ekscesów, wyprzedziłem jeszcze parę osób. Na Korbani tylko przyklepałem wieżę widokową i ruszyłem w dół w kierunku pierwszego punktu z wodą na 23 kilometrze.
cdn…